Linkin Park - "Minutes To...
Niepotrzebnie liczyłam na kolejną dawkę rasowych hitów. W końcu singlowy utwór "What I've Done" ostrzega, że oto nadchodzą zmiany. To nie wściekły kawałek pokroju "One Step Closer" lub "In The End" czy choćby śpiewny pogromca w stylu "Numb" bądź "Breaking The Habit". Brzmienie w zwiastującej nowe dzieło piosence Amerykanów jest znacznie łagodniejsze i czuć niepokojącą nutkę ambicji.<br />
<br />
Echa dawnego Linkin Park przebijają zaledwie w kilku nagraniach. Najbardziej chyba w znakomitym "Bleed It Out" z rapującym Mikiem Shinodą (co w przypadku tego krążka jest rzadkością) i ze zdzierającym gardło Chesterem Benningtonem (również mniej powszechne zjawisko niż niegdyś). W zestawie pojawiły się natomiast serialowe ballady ("Leave Out All the Rest", "Valentine's Day"). Tym mianem nazywam numery, które twórcy telewizyjnych produkcji dla nastolatków umieściliby w scenie, gdzie główni bohaterowie tańczą romantycznie na szkolnym balu. Innymi słowy, rzewne "cudeńka" na miarę grupy Nickelback. Co boli najbardziej, to wiszący nad całością, przyciężkawy duch emo. Kompozycje "Hands Held High" i "No More Sorrow" z dziką rozkoszą dołączyłaby do swojego repertuaru formacja My Chemical Romance. A i inne niewiele odstają od modnego ostatnio, acz niezbyt rzemawiającego do mnie gatunku.<br />
<br />
Longplay "Minutes To Midnight" chyba miał być bardziej ambitny i dojrzały, tymczasem wyszło coś tandetnie nadętego. Rapowe wstawki praktycznie poszły w zapomnienie. Proste, charakterystyczne klawiszowe motywy stały się w nieznośnie przekombinowane. Przepadły porywające melodie i miażdżące, jak na band z list przebojów, riffy. Z ery nu metalu panowie z Linkin Park weszli w epokę emo. A to już zupełnie nie moja bajka.
11 maja 2007